środa, 4 września 2013

Rozdział 12.

Oczami Alison:

Moja dłoń zanurzyła się w szufladzie z bielizną. W garści trzymała dół od bikini o wzorze zebry. Paski były czarne, ale biel zastępował fiolet przechodzący w delikatny odcień żółci. Rozejrzałam się po pokoju. Panował bałagan i zamieszanie. Nie było szans znalezienia górnej części stroju. Przegrzebałam szafę. Lekko poddenerwowana zaczęłam wszystko wyrzucać z szafy. Otworzyłam kolejną szufladę. Na moje szczęście okazało się, że leżał tam stanik od poszukiwanego bikini.
- Wszystko dobrze, słońce? – spytała drżącym głosem babcia.
- Mhm.-mruknęłam i posłałam jej uśmiech.
Czuła się coraz gorzej. Ciężko było patrzeć kiedy następowały momenty jej choroby, które powoli ją zabijały. Kaszlnęła i odeszła.
- Zrobić ci herbatki? – zatrzymała się i spytała.
Kiwnęłam głową i zamknęłam za nią drzwi. Strój wrzuciłam do płóciennej torby z logo jakiejś firmy.
            Rozejrzałam się po okolicy. Promienia słońca grzały mi twarz. Zmrużyłam oczy. Usłyszałam chlapanie wody i śmiechy, więc podeszłam bliżej wysokiego żywopłotu. Ostrożnie otworzyłam bramkę. Nie byłam pewna czy zaraz nie wyskoczą jakieś groźne wilczury, buldogi, Bóg wie co jeszcze. Podniosłam głowę. Szczyt dachu był dość wysoko. Dom Holdena był nowoczesny i olbrzymi. Zadzwoniłam dzwonkiem. Cisza. Oparłam dłoń na klamce i okazało się, ze drzwi były otwarte. Przeszłam kawałek korytarzem w stronę szklanego wyjścia na podwórko za domem, gdzie odbywała się cała impreza. Spojrzałam w bok. Na stole siedział Holden patrzący w moją stronę. Przywitałam się. Z torby wyjęłam butelkę alkoholu i podałam mu. Od razu się uśmiechnął. Położyłam torbę na stole i wyszłam na dwór do znajomych.
            Zaczęło się ściemniać. Usiadłam nad brzegiem basenu. Miałam ochotę porozmawiać z Naomi, ale nie było jej tam. Minęło zbyt mało czasu po śmierci Davida, żeby od razu imprezowała. Czułam się nieco dziwnie zostawiając ja po tym samą, ale czasem potrzeba trochę samotności. Nagle ktoś stuknął mnie w plecy.
-Pijemy! – usłyszałam znajomy głos.
Wstałam, obejrzałam się i zauważyłam Bridgit.
- Ty tutaj?!- krzyknęła oburzona.
- Miałam zamiar spytać cię o to samo.
- Holden to mój kuzyn.
- Aha, nie wiedziałam.
- To teraz już wiesz. – rzuciła i machnęła włosami przed moją twarzą.
            Wyszłam z łazienki. Pod luźną koszulką i krótkimi spodenkami miałam na sobie strój. Podniosłam się i usiadłam na blacie na wyspie kuchennej.
- Hej, znalazłem cię.- przytulił mnie Dake.
- Hej. – odwzajemniłam objęcie.
Podał mi szklankę z mojito i złapał za rękę. Prowadził mnie nad basen. Upiłam łyk napoju. Zabrał mi szklankę z ręki i odłożył na bok. Zdjęłam bluzkę i spodenki. Gwałtownie wziął mnie na ręce i wrzucił do wody. Nie zdążyłam złapać powietrza i zaczęłam panikować. Uderzenie przy jego wskoku stworzyło miliony bąbelków. Wynurzyłam się and taflę wody i zaczerpnęłam oddech całą pojemnością moich płuc. Dake znalazł się w wodzie tuż obok mnie. Spojrzał mi w oczy tajemniczym, przeszywającym wzrokiem, od którego przeszły mnie ciarki.
Zanurzyliśmy się. Objęłam go z całej siły i dałam mu buziaka. Moje usta nie zdążyły się oderwać od jego, a pocałunek już stał się bardziej nieopanowany i namiętny. Poczułam brak powietrza, więc oderwałam się i wynurzyłam. Na zewnątrz było inaczej. Pod wodą czułam się z nim tam taka sama, jakby w innym świecie, a tam z powrotem wszystko było zwyczajna imprezą nad basenem. Dake dołączył do mnie. Zerknęłam na niego katem oka, a on na mnie. Uśmiechnął się szeroko.

            W nocy obudziłam się. Ponownie śniła mi się tamta noc. Ona nie dawała mi spokoju. Co z tego, że byłam niewinna. Należałam do podejrzanych. Detektyw dawno się z nami nie kontaktował. To oznaczało, że dali sobie spokój? Czy może zwiastowało wielkie kłopoty? Tej drugiej opcji bardzo się bałam, ale brałam ją pod uwagę. Położyłam głowę na poduszce i próbowałam zasnąć i nie myśleć o tym wszystkim.

piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział 11.

Więzienie, tak właśnie nazywałam budynek, uważany za szkołę. Nienawidziłam tego miejsca. Te fałszywe uśmiechy, podejrzliwe spojrzenia skierowane w moją stronę. Odkąd jestem powiązana z zabójstwem Kendry wszyscy moi przyjaciele okazali się jedynie kłamstwem i złudzeniem. 
Idąc korytarzem spostrzegłam siedzącego przy oknie Davida. Był sam. Jego wyraz twarzy wyrażał jedynie smutek. Patrzył w przestrzeń znajdującą się za przeźroczystą szybą. Moja mina również posmutniała, ponieważ nie potrafiłam się uśmiechać kiedy to on czuł jedynie ból.
- Wszystko dobrze? – zapytałam nie oczekując pozytywnej odpowiedzi. Wiedziałam, że jest źle. Chwyciłam go jedynie za dłoń i spojrzałam wprost w jego duże, ciemne oczy, które nadal spoglądały w stronę szyby.
- Nigdy nie sądziłem, że mój związek z Alex’em tak szybko się skończy. Chciał żeby nasza znajomość była tajemnicą, o której wiedzą tylko zaufane osoby. On się ukrywał. – jego wzrok skierował się wprost w moje oczy. – Britgit dowiedziała się o nas i powiedziała o tym innym. Skończył ze mną tak szybko jak ta wiadomość rozniosła się po wszystkich naszych znajomych. Dodał, że mnie kocha ale nie potrafi normalnie funkcjonować wiedząc, że wszyscy wiedzą o jego orientacji. Teraz bez jakichkolwiek przeszkód mówi innym, że bawił się mną i moimi uczuciami. – Milczałam. Nie wiedziałam co powiedzieć. Cholerny dupek. Przytuliłam Davida tak delikatnie jak zazwyczaj robił to on.
                Często spędzaliśmy czas w jego garażu. Nie musieliśmy udawać kogokolwiek. Mogliśmy być wolni. Uwolnić się od wszystkich i ich cholernych uwag na nasz temat. Czasu, który spędzaliśmy we dwójkę nie dało się zastąpić. David podszedł do radia i puścił jeden z naszych ulubionych wolnych podkładów. Lubiłam kiedy śpiewaliśmy duety, które odzwierciedlały przenikające nas w tym momencie uczucia. Chwilę później David wstał i podał mi ręce abym zrobiła dokładnie to samo.
Okręcił mnie i zaczęliśmy tańczyć jak za dawnych lat, kiedy byliśmy w przedszkolu. Gdy melodia ucichła puściliśmy się i wymieniliśmy się uśmiechami. Po chwili zaczęłam się śmiać a on razem ze mną.
- Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. – powiedział, a jego głos spoważniał.
- A ty moim najlepszym przyjacielem i nie zapominaj o tym. – odparłam i pocałowałam go w policzek. – Nie obrazisz się jak już pójdę? Muszę zdążyć wyrzucić obiad zanim rodzice wrócą z pracy.
- Naomi, tylko proszę cię nie mów mi, że się odchudzasz. Jesteś chudziutka. – Posłałam mu nieszczery uśmiech i skierowałam się w stronę wyjścia.
                Do kosza wyrzuciłam kolejną porcję jedzenia. Nie jadłam piąty dzień. Zagryzłam wargę i zamknęłam pudło pełne różnych, obrzydliwych odpadków. Aby uniknąć jakichkolwiek pytań mamy o obiad poszłam się przejść mijając ją w przejściu. Uśmiechnęłam się, a ona odmachała mi olewacko ręką. Zawsze taka była, szczególnie gdy wracała z pracy. Bez uczuć i jakiegokolwiek poczucia, że potrzebuję jej wsparcia i troski. Przyzwyczaiłam się do tej sytuacji, więc przełykając ślinę udałam się w moje ulubione miejsce, w które chodziłam sama. Brzeg oceanu. Jedyny skrawek ziemi znajdującej się przy oceanie, którego nie odwiedzają tłumy ludzi. Znajdował się przy moście, przez który przejeżdżało miliardy samochodów, możliwe, że ludzie bali się, że hałas zakłóci ich spokój.
                Skierowałam wzrok w stronę mostu. Na skraju metalowej konstrukcji stał człowiek. Po sylwetce i stylu ubierania się szybko zorientowałam się, że to David. Nie wierzyłam własnym oczom.  Krzyczałam, ale nie słyszał był za wysoko a za razem za daleko. Minęło parę sekund, a mój wzrok dostrzegł spadającego w duł Davida. Patrzyłam wiedząc, że nie mogę mu pomóc. Mój najlepszy przyjaciel  na moich oczach pozbawił się życia. Jego niewinna dusza ulotniła się pozostawiając jedynie ciało. Ktoś wskoczył do wody i szybko wyciągnął jego sylwetkę na brzeg. Sprawdził puls, którego nie było. Poczułam nienawiść do samej siebie. Myśląc o sobie zostawiłam go w jednej z najtrudniejszych chwil jego życia. Nie pobiegłam do niego kiedy stał nad wodną przepaścią, tylko sterczałam przyglądając się temu wszystkiemu z oddali.

               Stałam nieruchomo, a słońce powoli chowało się za horyzontem. Łzy spływały po moich policzkach. Nawet nie próbowałam ich powstrzymać. Chciałam cierpieć.

środa, 28 sierpnia 2013

Rozdział 10.

Oczami Alison:

            Stare, drewniane frontowe drzwi mojego domu trzasnęły z hukiem. Opuściłam posesję i skierowałam się przed siebie. Szłam powoli jakby licząc kroki, a tak naprawdę to nie wiedziałam co z sobą zrobić. Ostatnimi czasy nie miewałam pustki w głowie. Codziennie męczyły mnie jakieś myśli. Dlaczego Britney zaczęła się ode mnie odsuwać, jak dalej z Naomi, brak pracy, co z Dake’iem, śledztwo i cała ta sprawa morderstwa. Już dłuższy czas próbowałam przypomnieć sobie tamtą noc. Zastanawiałam się czy coś mi nie umknęło. Niestety z każdym dniem pamiętałam coraz mniej z tamtej imprezy, a detektyw naciskał chcąc uzyskać jeszcze więcej informacji.
            Spojrzałam przed siebie i szerzej otworzyłam oczy. Jak ja znalazłam się nad wodą? Wzruszyłam ramionami i usiadłam na murku. W oddali pływały kaczki, a w miejscu horyzontu woda spotykała się z wzniosłymi wieżowcami Bostonu.  
- Auć! Sorki. – ktoś z rozpędem wpadł na mnie. Odwróciłam się.
- Ah, to ty… - jęknęła z obrzydzeniem Bridgit i wykonała ruch jakby pozbywała się kurzu z rąk.
- Też cię miło widzieć, Bridgit. – posłałam jej sztywny uśmiech.
- Suka.
- Dziwka. – syknęłam.
Odeszła. Samo patrzenie na nią zepsuło mi humor. Wstałam i szłam uliczką. Prawie pustą. Przy sklepie z alkoholem spostrzegłam znajome sylwetki. Bryan i Britney. Odwrócił się. Pomachał mu z daleka ręką i bezgłośnie przywitałam. Zrobił gest przywołujący mnie, więc podeszłam.
- Składasz się z nami i idziesz w plener? – spytała Britney, a jej oczy świeciły.
Postanowiłam skorzystać z okazji spędzenia czasu ze znajomymi z osiedla i ich ekipą.
- Pewnie. – skinęłam głową.
- Świetnie. – Britney uśmiechnęła się szeroko.
            Siedzieliśmy na jakiś schodkach przy opuszczonym domu. Kilkanaście metrów na lewo zaczynał się las, a z prawej strony było widać w oddali krystaliczną wodę.
- Ej słuchajcie, starzy wyjeżdżają pojutrze na tydzień, więc biba nad basenem u mnie. Zapraszajcie znajomych. – ogłosił radośnie blondyn przypominający surfera. Miał na imię Holden. Brit i jakaś blondynka pisnęły i zaczęły klaskać. Cieszyłam się razem z nimi, potrzebowałam jakiejś imprezy dla odreagowania. Martwił mnie jednak fakt, że zraziłam się do imprez od czasów tamtej nocy.
***
            Wysiadłam z autobusu. Na uszach miałam wielkie słuchawki. Byłam zamyślona i w tamtej chwili, w innym świecie. Tak jakby całe miasto ogłuchło. Dostałam gęsiej skórki i po całym moim ciele przeszły ciarki. Natychmiastowo zrzuciłam słuchawki z uszu. Opadły na moją szyję.
- Hej. – przywitał mnie Dake.
- Nie strasz mnie tak. – szturchnęłam go i położyłam rękę na sercu.
- Co jutro robisz? – spytał mnie. Mimowolnie zaczęłam się uśmiechać.
- Miałam plan pójść na imprezę nad basenem…
- Czyli spotkamy się na miejscu. – puścił mi oko i odszedł.

Odwróciłam głowę i śledziłam wzrokiem jak odchodzi. Był ubrany w luźniejsze czarne sprane rurki i granatową bluzę z białym logo. Przywitał się ze swoim przyjacielem. Poczułam się dziwnie wpatrując się tak w niego, więc odeszłam w inną stronę. Nie mogłam pozwolić sobie nato, nie mogłam pozwolić sobie, że się w nim zakocham.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział 9.

Oczami Naomi:

                Lekkie promienie słońca przekroczyły twarde, szklane szyby budząc mnie do życia. Delikatnie otwarłam swoje powieki. Światło było na tyle silne, że szybko przymrużyłam oczy. Wzniosłam ręce po czym rozciągnęłam się.
                Wsunęłam swoje stopy w miękkie kapcie. Limfatycznym krokiem dążyłam do łazienki sunąc obuwiem po podłodze. Pierwsza poranna myśl jaka nękała moją głowę to: idź się zważyć. Ranne ważenie od pewnego czasu było moim uzależnieniem. Waga spadła, jednak nie na tyle aby mnie zadowolić. Spojrzałam na swoje odbicie. Gruba świnia. Wzięłam głęboki oddech i odkręciłam zimną wodę. Przemyłam twarz po czym wytarłam ją miękkim w dotyku, białym ręcznikiem. Obróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju.
                Zazwyczaj całe moje ciało ogarniało zimno. Przyzwyczaiłam się do tego stanu, ponieważ miałam takie uczucie od dłuższego czasu nie zależnie od pogody. Delikatnymi krokami podeszłam do szafy. Sięgnęłam po wieszak, na którym wisiał biały, miękki i delikatny szlafrok, który sprawiał, że po jego nałożeniu było mi znacznie cieplej. Włożyłam go na siebie i szurając kapciami po podłodze pokierowałam się w stronę łóżka, na którym leżał laptop. Otworzyłam jego klapę po czym nacisnęłam przycisk włączenia. Chwilę później otrzymałam zaproszenie do video rozmowy. David. Zaakceptowałam i parę sekund później na moim ekranie pojawiły się dwie twarze. On i Alex.  
- A co to za krzywe ryje? – zażartowałam.
- Też się cieszymy, że cię widzimy. – odpowiedział David. 
- To co u was słychać?
- Ten idiota namalował na mojej twarzy kocie wąsy i nos. – poskarżył się David. Jego głos zdawał się być taki naturalny. Nie minęło pięć sekund, a na Davida rzucił się Alex. Walki pomiędzy zakochanymi uważałam za bardzo urocze, w szczególności w wykonaniu moich przyjaciół. Uśmiechnęłam się, a w moich myślach znów zagościł Matthew. Jego piękne oczy, szczery uśmiech, krążyły w mojej głowie. Czy można pokochać osobę, której praktycznie się nie zna? Sądząc po tym co odczuwałam, odpowiedź brzmiała: tak. Chciałam się z nim zobaczyć, dlatego pod pretekstem, że nie chcę im przeszkadzać, wyłączyłam video rozmowę, po czym zamknęłam klapę laptopa.
                Szybko sturlałam się z łóżka i drobnymi, ale szybkimi krokami poszłam do łazienki, aby ułożyć włosy i zrobić codzienny makijaż. Wchodząc do pokoju podeszłam do szafy. Wybrałam z niej pudrową bluzkę na półdługi rękaw w koronkę i czarne rurki. Sięgnęłam jeszcze po czarne creepersy, które w mgnieniu oka pojawiły się na moich stopach.
                Chwyciłam za leżącą nieopodal wyjścia deskorolkę. Objęłam dłonią klamkę i powoli nacisnęłam. Przekroczyłam mury mojego domu i zamknęłam za sobą drzwi. Miałam nadzieję, że Matthew będzie w tym samym miejscu, które ostatnim razem nazwał miejscem odcięcia się od świata. Według jego słów, to miejsce często było przez niego odwiedzane. Musiałam to sprawdzić, dlatego od razu po wyjściu z domu pojechałam w tamten rejon.

                Był tam. Spostrzegł mnie równie szybko co ja, ponieważ powoli szedł w moim kierunku. Wzięłam deskorolkę w rękę i neutralnym tempem szłam wprost na niego. Stanęliśmy. Nie powiedział nic, jedynie posłał mi szeroki uśmiech schylając się aby mnie pocałować. Cholera. Czułam się tak wyjątkowo, a za razem tak bezpiecznie. W mojej głowie nie było już pustki. Był tylko on i ja.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Rozdział 8.

Oczami Alison:

            Zamrugałam oczami z niedowierzaniem. Głośno przełknęłam ślinę. Czy ktoś  nas śledził? Trzeba było przyznać, że osoba posiadająca takie zdjęcie miała nad nami przewagę. Jednakże nie zamierzałam się przyznać do czegoś czego nie zrobiłam. Fotografia przedstawiała urywek imprezy, przed śmiercią Kendry. Naomi wylewająca na nią drinka, ja tuż za nią przyglądająca się całej sytuacji i kilka osób wokół nas. To nie miało znaczenia, my byłyśmy głównymi podejrzanymi.
- Co teraz? – spytałam i wbiłam swój wzrok w zdjęcie.
- Nie wiem. – Naomi wzruszyła ramionami. – Spalimy?
            Kiwnęłam głową. To było chyba najlepsze wyjście. Tak właśnie zrobiłyśmy. Naomi sięgnęła do kieszeni swojego plecaka i wyciągnęła zapalniczkę. Miała ją zawsze przy sobie. Wyszłyśmy tylnym wyjściem z domu i usiadłyśmy na schodach. Rozejrzałam się. Na osiedlu nie działo się nic nadzwyczajnego. Jakiś starszy pan, sąsiad, wyrzucał śmieci, a pani w różowym płaszczu wyprowadzała swojego pudla na spacer. Naomi podniosła zdjęcie. Jeszcze ostatni raz mogłyśmy się mu przyjrzeć, bądź przeczytać groźbę wypisaną po drugiej stronie:"Doigracie się suki, niech każdy myśli, ze to wy".Spojrzała na mnie porozumiewawczo. Skinęłam głową i powoli mrugnęłam oczami. Kiedy je otworzyłam widziałam tylko jak kolejne części fotografii zamieniały się w popiół, który porywał wiatr i roznosił po ogródku za moim domem. Kiedy ostatni skrawek dowodu spadł na ziemię, obydwie odetchnęłyśmy z ulgą, a Naomi schowała zapalniczkę. Wstałyśmy ze schodów. Otrzepałyśmy się i z powrotem weszłyśmy do domu.
- Chyba nie mam ochoty jeszcze wracać do domu. Oglądamy jakiś film? – zaproponowałam.
            Naomi nie odpowiedziała, tylko wzruszyła ramionami. Podeszła do szafki, przejechała ręką po kilku opakowaniach do filmów, aż jej ręka napotkała album. Usiadła na kanapie. Zajęłam miejsce koło niej. Okładka albumu była kiedyś biała. Później razem z Naomi udekorowałyśmy ją różnymi wzorami, wizerunkami i napisami. Naomi dmuchnęła. Powłoka kurzu rozpyliła się po pokoju. Spojrzałyśmy na pierwszą stronę. My na huśtawkach, my robiące tort, my umazane farbą, jeżdżące na rowerach, kąpiące się w basenie, przebrane w boa i wielkie okulary przeciwsłoneczne. Tych zdjęć były miliony. Na mojej twarzy zagościł uśmiech. Ten album przywołał falę wspomnień, dobrych wspomnień.
***
            Obudził mnie chaotyczny alarm w telefonie. Obróciłam się na brzuch i zakryłam głowę poduszką. Nie mogłam znieść tego dźwięku. Po kilkudziesięciu sekundach wyłączył się sam. Z całej siły rzuciłam poduszką w kąt. Podniosłam się z łóżka i podeszłam do komody.  Wyjęłam z szafy granatowe trampki, dżinsowe spodenki i białą bluzkę z napisem. Przebrałam się w wybrany przeze mnie strój i powlekłam się do kuchni. Lodówka świeciła pustkami. Wzięłam do ręki karton z resztką soku pomarańczowego. Wypiłam go do końca i odłożyłam na miejsce. Wzięłam głęboki oddech. Przewróciłam oczami. Z Babcią jakoś sobie radziłyśmy, ale lepiej by było gdyby mój ojciec wysyłał mi pieniądze. Mogłam o tym tylko pomarzyć. On nawet nie pamiętał mojego imienia. Czy on w ogóle jeszcze wiedział, że ma córkę w Bostonie? Gdyby żyła moja mama byłoby inaczej.
            W drodze do szkoły kupiłam sobie kanapkę w markecie. Nie miałam nawet jak zrobić zakupy do domu bo nie było za co. Emerytura babci była bardzo mała. Musiałam znaleźć jakąś pracę.
- Ali! – rzuciła się na mnie od tyłu Britney.
- Brit. – powitałam ją zrzucając z pleców.
-Wpadasz do mnie dzisiaj wieczorem? – spytała.
- Okej. – uśmiechnęłam się.
Szłyśmy środkiem korytarza w stronę sali chemicznej. Minęła nas Naomi ze swoim przyjacielem Davidem. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Zrobiłam tak samo. Nasza przyjaźń się odbudowywała, ale ona nadal miała Davida, a ja Britney. Po prostu miałam dwie całkowicie inne przyjaźnie. Z Naomi, którą znałam od dziecka, rozumiałyśmy się, a nasza przyjaźń była taka jakbyśmy znały jakiś sekret, którego nikt inny nie zna, jakbyśmy były lepsze. Druga przyjaźń z Britney, taka niezobowiązująca, razem robiłyśmy różne szalone rzeczy. Tak naprawdę to nie byłam pewna czy mnie i Brit łączyła przyjaźń czy zwykła znajomość. Nie umiałam tego opisać, ale to nie było aż takie ważne. Zdałam się na los, niech on pokaże.
            Na okładce zeszytu ćwiczyłam podpis kiedy do klasy wparował dyrektor z jakimś panem. Poprosił mnie i Naomi do gabinetu. Spojrzałam na Naomi przerażona. Wstałam i wrzuciłam do plecaka zeszyt, piórnik i podręcznik. Naomi już na mnie czekała. Opuściłyśmy klasę.
- Myślisz, że to ma coś wspólnego z… tamtą imprezą? -            spytałam zaniepokojona.
- Pewnie tak. – odpowiedziała z kamienną twarzą.
Szłyśmy do sekretariatu. Byłyśmy coraz bliżej i bliżej, a moje serce biło szybciej. Poczułam jak w środku jest mi gorąco. Zatrzymałyśmy się przed drzwiami. Niepewnie nacisnęłam na klamkę.
- Tędy proszę. – pani z pieprzykiem na nosie wskazała nam drzwi na prawo.
Na fotelu siedział prywatny detektyw, a nad nim stał dyrektor.
- Proszę zostawić nas samych. – wysoki mężczyzna w garniturze zwrócił się do dyrektora.
- A wy usiądźcie.
Na sofie w gabinecie siedzieli chłopacy, na których wpadłyśmy tamtej nocy. Dake zmierzył mnie od stóp do głów i posłał uśmiech. Poczułam jak kącik moich ust mimowolnie powędrował do góry. Detektyw zadawał nam szczegółowe pytania. Z koperty wyjął zdjęcie takie samo jak to, które spaliłam z Naomi dzień wcześniej. Przełknęłam ślinę. Ten „dowód” stawiał nas w złym świetle w tej sprawie. Kłopoty dopiero się zaczęły.
***
            Wyszłam ze szkoły. W mojej głowie błąkały się różne myśli. Co teraz? Co dalej? Nie
potrafiłam sobie odpowiedzieć na żadne z pytań. Nagle przede mną pojawiła się smuga pyłu, a za nią Dake. Przywitał się ze mną. Okazało się, że idziemy w tę samą stronę, więc zaproponował, że mnie odprowadzi.

- Nie mają prawa nas przesłuchiwać, nie jesteśmy pełnoletni. – oburzył się.
Kiwnęłam głową. Miał rację, ale policja ani nikt inny się z tym nie liczył.
- Co najwyżej przy rodzicach. – dodał. Spuściłam głowę z nadzieją, że ominiemy ten temat, ale się nie dało. Zapytał mnie. Opowiedziałam mu wszystko. Do oczu napłynęły mi łzy.  Zauważył to. Zatrzymał się, odstawił bmx’a i mocno mnie przytulił.
- Spokojnie, wszystko już dobrze– szepnął. Dopóki mnie przytulał – było.
Kiedy uwolnił mnie z uścisku wziął bmx’a i prowadził go idąc obok mnie. Doszliśmy do mojego domu.
- A ty gdzie mieszkasz? – spytałam i spojrzałam przed siebie.
- Trzy przecznice dalej. – podrapał się na karku. Powstrzymałam uśmiech.

Pożegnałam się z nim i weszłam do domu. Stanęłam przy oknie i przyglądałam się jak odjeżdża. Ta krótka chwila spędzona z nim poprawiła mi humor. Zaczęło się powoli ściemniać. Zrobiłam sobie gorącą czekoladę. Pobiegłam do pokoju i włączyłam laptopa. Napisałam na facebooku do Britney, że nie przyjdę. Chciałam spędzić wieczór w domu. Porozmyślać trochę i rozkoszować się samotnością.

Rozdział 7.

Oczami Naomi:

                Przekroczyłam mury garażu należącego do rodziców Davida. Po dłuższej przerwie kapela znów miała stanąć na nogi i obudzić się do życia. Rozejrzałam się po całym pomieszczeniu. Nie dostrzegałam żadnych zmian. Nadal znajdowały się tu rozłożone instrumenty, a pod stołem wciąż leżały puste opakowania po papierosach. Wychwyciłam jednak coś co przykuło moją uwagę. David i przytulający go chłopak. Jego twarz była mi zupełnie obca, więc nie mógł być to żaden członek kapeli przytulający go na przywitanie. Euforia opanowała moje myśli. Cholera. Mój przyjaciel w końcu doczekał się momentu, w którym ktoś odwzajemni jego uczucie. Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech, a moje stopy zaczęły same kroczyć w ich kierunku. W międzyczasie rzuciłam swój plecak na ziemię. Ten ruch był zbędny, ponieważ chłopacy dostrzegli moją obecność. Chwilę później znajdowałam się już w objęciu Davida. Gdy jego ręce przestały oplatać moje ciało mój wzrok przeniósł się na stojącego obok chłopaka. 
- Naomi. - przedstawiłam się, a mój uśmiech nadal pozostawał na mojej twarzy.
- Alex. – odparł i przytulił mnie równie delikatnie co David. Nie zorientowałam się kiedy w pomieszczeniu znaleźli się inni członkowie kapeli. Nigdy nie mówiliśmy sobie prostego słowa: cześć. Zawsze sięgaliśmy po instrumenty, a muzyka władała każdym po kolei.
                Rozeszliśmy się. Chwyciłam jedynie za mój plecak i posyłając ostatnie spojrzenie, w stronę przytulających się Davida i Alex’a, kroczyłam w stronę zejścia do metra. Idąc chodnikiem patrzyłam na postawione obok bloki. Dużo pięter i mieszkań. Każdy znał uczucie kiedy druga osoba, mijająca go, znała jego twarz. Moje myśli znów powróciły do pustki. Rozejrzałam się dookoła i ustaliłam moje położenie. Przed moimi oczami znajdowało się ceglane zejście do metra. Schodek po schodku kroczyłam w stronę odpowiedniego przystanku. Cieszyłam się ponieważ znajdował się niedaleko, więc chwilę później znalazłam się na miejscu.
                Było inaczej. Zazwyczaj metro było zapełnione setkami ludzi. Tym razem byłam tam tylko ja. Przełknęłam ślinę i usiadłam przy ceglanej ścianie. Słyszałam jedynie ciszę. Odchyliłam lekko głowę do tyłu. W moich myślach krążył jedynie Metthew. Choć znaliśmy się krótko tęskniłam za jego obecnością. Chciałam go tu i teraz. Uczucie, którym go obdarzyłam było inne niż do kogokolwiek. Nigdy nie czułam takich emocji przy jakiejkolwiek duszy. Cholera. Żałowałam jedynie, że nie mogłam czytać w jego myślach, ponieważ jego zachowanie nie pomagało mi w poznaniu jego planu co do mojej osoby.
                Usłyszałam nadjeżdżające metro. Wstałam i podchodząc bliżej oczekiwałam momentu, w którym pojazd zatrzyma się. Uwielbiałam chwilę, w której wiatr wywołany przez maszynę rozwiewał moje włosy we wszystkie możliwe strony. Koła zablokowały się. Nie zdążyłam mrugnąć a drzwi, zapraszające mnie do wejścia, były już otwarte.
                Rozejrzałam się dookoła. Cholera. Los chciał mnie przestraszyć. Udało mu się. Nikogo nie było. Usiadłam na jednym z siedzeń. Mój wzrok skierował się na przestrzeń, która znajdowała się za szybą. Odpłynęłam na tyle, że nie zauważyłam kiedy musiałam już wysiąść.
                Zamknęłam oczy i zaczerpnęłam przyjemnego, świeżego powietrza. Zrobiłam krok w przód i otworzyłam swoje powieki. Usłyszałam cichy dźwięk dochodzący z mojego plecaka. Ściągnęłam go wkładając rękę w otwór. Na dnie udało mi się znaleźć telefon. Wyciągnęłam go, zamykając plecak. Sms od mamy: Zjedz obiad na mieście, ja i tata wrócimy w nocy. Na szczęście moje osiedle nie było daleko centrum miasta, więc mogłam szybko znaleźć się w jakiejś restauracji.
                 Usiadłam przy pustym stoliku sięgając ręką po menu. Chwilę później w notesie kelnerki znajdowało się moje zmówienie: pierś z kurczaka, ryż i surówka. Poprosiłam również, by kelnerka wraz z obiadem przyniosła rachunek. Musnęłam opuszkami palców po białym obrusie, czekając na posiłek. Nie musiałam długo czekać. Kelnerka postawiła przede mną talerz z zamówionym przeze mnie daniem. Nie byłam głodna, ale obiad zjadłam zdecydowanie szybciej niż musiałam na niego czekać. Smakiem nie różnił się niczym wyjątkowym. Położyłam na metalowym talerzyku kwotę znajdującą się na rachunku i poszłam umyć ręce, w restauracyjnej łazience.
                Potarłam o siebie zamydlone ręce i ponownie włożyłam je pod bieżącą wodę. Skierowałam swój wzrok w górę. Patrzyłam na swoje odbicie. Wytarłam swoje ręce w papierową ścierkę i zrobiłam parę kroków do tyłu na tyle aby w lustrze dostrzec całe swoje ciało. Cholera. Czemu moja figura, która jeszcze poprzedniego dnia wydawała mi się idealna, chuda, w tamtej chwili przypominała mi słonia? Gruba świnia. Nie mogłam na siebie patrzeć. Odwróciłam się w stronę wyjścia próbując uspokoić moje sumienie. Obiecywałam sobie, że nic już nie zjem.
                Zostało parę kroków, abym zobaczyła mury mojego domu. Nie patrzyłam na przestrzeń, która mnie otaczała. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu i uniknąć jakichkolwiek spojrzeń skierowanych na mnie i na moje tłuste ciało. Moje szybkie tempo zwolniła Alison.
- Dokąd tak się spieszysz? – spytała łapiąc mnie za prawy nadgarstek. Szybko wyrwałam rękę z uścisku jej dłoni. Nie chciałam by czuła ten oplatający moje ciało tłuszcz. Kiedyś masa jej sylwetki była większa od mojej. Była cięższa ode mnie o sześć kilo. Nie czułam się w jej towarzystwie tak samo. Moje sumienie karciło mnie i moje podejście do jedzenia. Jedynie co mogłam zrobić to nic nie jeść.
- Idę do domu, a ty co tu robisz? – spytałam próbując odwrócić uwagę swoich myśli.
- Właśnie planowałam przyjść do ciebie tak jak za dawnych lat. Mam nadzieję, że nie będę ci przeszkadzać?
- Nie no, coś ty. Chodź. – powiedziałam i unikając jakiegokolwiek kontaktu poszłam w stronę mojego domu, a Alison depcząc mój cień kroczyła od razu za mną.

                Otworzyłam frontowe drzwi chcąc postawić stopę na parkiecie przedpokoju. Rzucił mi się jednak widok leżącej przed drzwiami fotografii. 

sobota, 20 lipca 2013

Rozdział 6.

Oczami Alison:

            Dobrze znana mi melodyjka domofonu. Podniosłam słuchawkę. Zaskoczenie. Dałabym sobie głowę uciąć, że to Britney, ale nie. To była Naomi. Wpuściłam ją.
- Hej. – przywitałam się niepewnie i spojrzałam na jej twarz. Była poważna. Ciężko było odczytać co odczuwała. Tak jak domyślałam się powodem jej przybycia była nasza niedoszła rozmowa. Obejrzałam się za siebie. Przed telewizorem siedziała moja babcia, która wpatrywała się w ekran jak zahipnotyzowana. Uwielbiała oglądać teleturnieje. Z powrotem odwróciłam głowę w stronę Naomi. Podeszłam do sofy i wzięłam z niej moją szarą bluzę po czym założyłam ją.
- Możemy iść. – porozumiewawczo mrugnęłam i zamknęłam za nami drzwi. Wyszłam bez słowa. Moja babci zdążyła się przyzwyczaić, że wychodzę kiedy chcę i w ten sam sposób wracam.
            Dotarłyśmy do Starbucks’a. Zajęłyśmy mały stolik na zewnątrz. Między stolikami krążyła szczupła, piegowata dziewczyna o rudych włosach. W mgnieniu oka znalazła się tuż przy nas. Złożyłyśmy zamówienie.
Nie wiedziałam jak zacząć. Ciszę przerwała Naomi.
- Dzisiaj rano w moim domu była policja. – w mojej głowie był tylko jeden wielki znak zapytania. Zaniepokoiłam się. Kelnerka przyniosła nasze kawy. Upiłam łyk i wsłuchiwałam się w szczegółowe opowiadanie Naomi. Głośno przełknęłam ślinę. Zaschło mi w gardle. Wzięłam kolejny haust mrożonego napoju. Zamrugałam z niedowierzeniem oczami. Cała ta sprawa morderstwa była przerażająca. Najbardziej obawiałam się momentu kiedy to do moich drzwi zapuka policja.
            Wspólnie doszłyśmy do wniosku, że przeszłość nie była ważna. Od tamtego dnia byłyśmy połączone sprawą zabójstwa. Obydwie byłyśmy w to zamieszane, tak więc musiałyśmy trzymać się razem. Ulżyło mi po tej rozmowie. Brakowało mi przesiadywania w kawiarni, wspólnych rozmów. Niestety towarzyszył mi także stres. Nie byłam pewna czego się spodziewać. Tak naprawdę nie doszło do mnie jeszcze, że Kendra została zamordowana, a tu już są prowadzone sprawy dotyczące mordercy. Dlaczego miałabym to być ja?
            Usiadłam na krawężniku. Na osiedlu, na którym się znajdowałyśmy rzadko kiedy jeździły jakieś pojazdu. Ulica była całkowicie opustoszała. Naomi siedziała na desce koło mnie. W tle ogromne światło słońca powoli znikało za drzewami, a pomarańczowe niebo opatuliło
całe miasto. Kochałam takie krajobrazy Bostonu. Niecodziennie można było zaobserwować tak piękny zachód słońca. Razem z Naomi żartowałyśmy jak za dawnych czasów co chwilę wybuchając śmiechem. Wspominałyśmy przeszłość. Było o czym rozmawiać, ponieważ miałyśmy masę wspólnych wspomnień. W pewnej chwili nastała cisza. Zrobiło się niezręcznie. Nie do końca wiedziałam czy z powrotem się przyjaźniłyśmy czy to tylko spędzanie czasu. Nadjechał samochód. Podniosłyśmy się z ulicy.
- Będę już spadać. – oznajmiła Naomi po chwili dodając – Napisz w razie co.
- Okej, pa. – pożegnałam się, a nasze drogi się rozeszły. Każda poszła w inną stronę.
            Przypomniało mi się, że od czasu imprezy nie widziałam się z Britney. Nie miałam ochoty wracać do domu, więc udałam się w stronę gdzie mieszka Brit. Uniosłam głowę do góry i wpatrywałam się w pejzaż nade mną. Firmament zmieniał kolory w odcienie fioletu i różu. Tego dnia niebo było naprawdę wyjątkowe. Stratocumulusy płynnie zmieniały swoje miejsce. Zachodzące słońce było już ledwo widoczne. Widoki tak przykuły moją uwagę, że zanim się obejrzałam stałam pod domem Britney. Przeszłam przez metalowe ogrodzenie od tyłu posiadłości. Na szczęście Państwo Bass nie mieli psów. Bez problemu dostałam się pod okno od pokoju przyjaciółki. Zapukałam trzy razy, a później jeszcze dwa. Firanka w kolorze fuksji odsłoniła się ukazując bałagan w pokoju Britney, która otworzyła mi okno.
- A ty jak zwykle bez uprzedzenia. – przywitała mnie nietypowo.
- No wybacz. – odezwałam się ironicznie i weszłam do środka.
W pomieszczeniu panował wielki rozgardiasz. Pokój wyglądał jakby przeszło przez niego tornado. Zignorowałam ten fakt. Po Britney można było spodziewać się wszystkiego.
- Chcesz coś zjeść? – spytała zerkając na mnie. Kiwnęłam głową. Brit zniknęła w głębi korytarzu, a ja usiadłam po turecku na jej neonowym, włochatym dywanie w kolorze seledynowym. Był on mięciutki niczym mech. Z całego jej pokoju najbardziej lubiłam właśnie ten kobierzec. Mahoniowe drzwi otwarły się, a do pokoju weszła Britney z paczką chipsów i talerzem pełnym grzanek posmarowanych masłem orzechowym. Pod pachą miała butelkę grejpfrutowego napoju gazowanego. Uśmiechnęłam się i klasnęłam w dłonie. Takie danie zdecydowanie należało do niezdrowych, ale moje odżywianie właśnie takie było, a już na pewno jeśli spędzałam czas z Brit.
- Pycha. – rozkoszowałam się kęsem tosta. Ręce Britney co chwilę zanurzały się w paczce chipsów, aż po łokcie. Kiedy skończyła otrzepała je z okruszków i wzięła łyk picia.
            Późnym wieczorem wróciłam do domu. Ostrożnie nacisnęła klamkę i uchyliłam drzwi. Weszłam do środka. Stąpałam po drewnianej podłodze najciszej jak tylko umiałam.
- Przyszedł do ciebie list. – głos babci wystraszył mnie na śmierć. Nie zaważyłam jej.
- Do mnie? List? – uniosłam brew i zmarszczyłam nos.
- Tak właściwie to wezwanie na komendę. – w głowie słyszałam echo słów babci. Ugryzłam się w język. Nie przesłyszałam się. Nadeszła moja kolej.
            Wzięłam do ręki białą kopertę z czarną, wydatną pieczęcią i podreptałam do pokoju. Usiadłam na brzegu łóżka. Nieprzytomnie wpatrywałam się w pismo. Nie byłam gotowa go otworzyć. Odłożyłam przesyłkę na komodę i wyjęłam z kieszeni spodni telefon. Napisałam do Naomi. To było pierwsze co przyszło mi na myśl. Następnie spod poduszki wyjęłam pidżamę i ruszyłam w stronę łazienki.

            W mojej głowie roiła się masa pytań. Na żadne z nich nie znałam odpowiedzi. Oczekiwałam dostać ich kolejnego dnia. Tego, którego tak bardzo się obawiałam. 

Rozdział 5.


Oczami Naomi:

                Moje przypuszczenia potwierdziły się. Kendra nie żyła. Z dziwną łatwością mogłam dopuścić to do swoich myśli i ani trochę nie czułam żalu. Gdybym była zaangażowana w projektowanie grobu, który miał leżeć nad zakopaną wcześniej trumną z jej ciałem, na pewno pozostawiłabym tam wyłącznie jedno słowo: cześć. Cholera. Tylko kto wyprzedził mnie w zamordowaniu tej suki? Sądząc po tym jak traktowała innych, każdy mógł przyczynić się do jej śmierci.
                Zamknęłam klapę białego laptopa i zrobiłam niepełny obrót na krześle. W mojej głowie istniał już plan na trwającą już dobę. Zamierzałam porozmawiać z Alison. David miał rację bez wyjaśnień nie da się zakończyć wszystkiego, a już na pewno przyjaźni. Zsunęłam się z krzesła i zrobiłam parę apatycznych kroków w stronę drzwi. Przyspieszyłam tempo gdy usłyszałam domofon. Podbiegłam do drzwi.
- Funkcjonariusz policji John Parker –odparł mężczyzna pokazując mi policyjną odznakę. Cholera. To naprawdę była policja. W krótkiej chwili zmierzyłam go wzrokiem. Był wysokim i szczupłym mężczyzną. Dłoń, w której trzymał plakietkę, zniechęciła mnie swoimi wystającymi, sinymi żyłami.   – Mam do czynienia z Naomi Acker?
- Tak, to ja. – zdziwienie na mojej twarzy jedynie się pogłębiało. Lewą dłonią wykonałam ruch zapraszający funkcjonariusza do środka mojego domu. Usiadłam na sofie znajdującej się w salonie. Oparłam się o miękkie poduszki i założyłam obie nogi na biały materiał kanapy. Mężczyzna w mundurze usiadł na fotelu obok. – W czym mogę panu pomóc?
- Chciałbym cię zapytać o wczorajszą imprezę. Na liście gości widnieje potwierdzenie o tym, że byłaś na niej. Powiem wprost. Jeden ze świadków powiadomił mnie, że słyszał jak groziłaś wczoraj zamordowanej Kendrze James. – Birdgit. Gdyby nie fakt, że siedziałam naprzeciw funkcjonariusza sprawił, że nie poniosły mnie nerwy i frustracja. Przełknęłam ślinę.
- Tak. Groziłam jej. Jednak słowa nie zabijają. Nie zabiłam jej – odparłam.
- Przyznam, że nie mam innych dowodów świadczących o twoim uczestnictwie w zabójstwie. Zastanawiam się jedynie dlaczego ty i twoi znajomi zachowali wyłącznie spokój, gdy inni uciekali? – jego ton zmienił się na bardziej tajemniczy i dociekliwy. Sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął fotografie. Zdjęcie z poprzedniego końca dnia. Ja, Alison i dwaj chłopacy, których poznałyśmy zeszłego wieczoru. Cholera. Skąd mieli nasze zdjęcie?
- Rozmawialiśmy i nie rozumieliśmy powagi sytuacji. To wszystko.
- To dlaczego uciekaliście kiedy skierowaliśmy w waszą stronę światła? – jego głos znów zaczął nabierać coraz bardziej wnikliwego brzmienia. Nie byłam niczemu winna. Jeden moment a ten facet nazwałby mnie mordercą.
- Powinien pan już pójść. Nie jestem pełnoletnia, a przesłuchania tego typu powinny być prowadzone jedynie przy obecności moich rodziców. Jak widać nie ma ich. – zrobiłam parę szybkich kroków w stronę drzwi. Powtórzyłam ruch rękom. Tym razem wykonałam go sugerując wyjście funkcjonariusza na zewnątrz. Jego twarz zmieniła swój wyraz i wolnym chodem opuścił mury mojego domu.
- To jeszcze nie koniec. – burknął pod nosem. Nie zwróciłam jednak na to uwagi. Popchnęłam jedynie frontowe drzwi, które chwilę później zatrzasnęły się, wydobywając z siebie dość głośny huk.
                Wzięłam głęboki wdech. Cała sprawa opętała wszystkie moje myśli. Musiałam się jakoś odreagować. Sięgnęłam po leżące przy mnie krótkie, białe converse i deskorolkę. Wyszłam z domu zamykając za sobą drzwi.
                Odepchnęłam się prawą nogą, a obrót kół deskorolki zaczął nabierać prędkości. Uwielbiałam czuć wiatr we włosach. Odczuwać, że jestem wolna i samowystarczalna. Zatrzymać mogły mnie jedynie jadące szybciej pojazdy.
                Jechałam bez celu. Wprost przed siebie. Nie zorientowałam się kiedy na mojej drodze pojawił się jeden z chłopaków, których poznałam wcześniejszego wieczoru.
- Znów chcesz na mnie wpaść? – zapytał rozbawionym głosem. Spojrzałam w jego pobudzające pożądanie, niebieskie oczy. Momentalnie zauważyłam jak jego źrenice zwiększyły swój rozmiar. – Jestem Matthew, wczoraj nie miałem okazji się przedstawić.
- Naomi. - przedstawiłam się posyłając mu lekki uśmiech. Mój wzrok zrównał się z poziomem jego stóp. Wcześniej nie zauważyłam, że jechał na deskorolce. – Jeździsz?
- Tak, lubię to. Jak widzę ty też. - odparł i zmierzył mnie zagadkowym wzrokiem. - Jedziesz w jakieś konkretne miejsce?
- Błąkam się po ulicach od godziny i nadal nie mam wyznaczonego celu.
- To może pojeździmy razem? – zaproponował, a ja kiwnęłam potwierdzająco głową. Podał mi dłoń, a ja bez namysłu dałam mu swoją. Jechaliśmy obok siebie nie puszczając się ani na sekundę. Nie odczułam przy nim jakiejkolwiek niezręczności. Rozmawialiśmy ze sobą o wszystkim i o niczym, poznając siebie wzajemnie.

                Przejeżdżaliśmy przez różne szosy Bostonu. Podążaliśmy w różne strony, aż znaleźliśmy się na dobrze znanej mi ulicy. Wróciłam do rzeczywistości. Cholera. Planowałam spotkać się z Alison, wyjaśnić wszystkie niedopowiedziane sprawy.
- Metthew, muszę już iść. Mam do uregulowania jedną rzecz.
- Nie ma sprawy. Może jeszcze na mnie wpadniesz i znów pojeździmy razem. – odparł i objął mnie swoimi ramionami.
Odjechał. Sięgnęłam po swoją deskorolkę i wzięłam ją pod ramię. Zrobiłam parę kroków zastanawiając się co powiedzieć, jak zacząć rozmowę. Podeszłam do domofonu i nacisnęłam przycisk. Podniosła słuchawkę.

piątek, 19 lipca 2013

Rozdział 4.


Oczami Alison:

                Oblała ją. Już zapomniałam do czego jest zdolna Naomi. Moja twarz wyrażała zszokowanie. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Przyjemne było zobaczyć jak ktoś utarł jej nosa. Stałam obok Naomi, a jednak czułam się jakby mnie nie dostrzegała. Britney kiwnęła głową i podniosła w górę drinki, które chwilę temu dla nas zamówiła. Zanim odeszłam rzuciłam wzrokiem na Bridgit, która mierzyła mnie wrogim spojrzeniem.
- Proszę, twoje malibu z pomarańczą. – powiedziała Brit podając mi kieliszek.
Objęłam ustami kolorową słomkę i wciągnęłam do ust napój.
- Świetny. – skomentowałam i odstawiłam kieliszek na ladę baru.
Britney zaczęła iść przed siebie, a ja podążałam za nią. Po drodze mijałam wiele nieznanych mi wcześniej twarzy. Dotarłyśmy na miejsce, a mianowicie do łazienki. Spojrzałam w lustro. Poprawiłam moją skater skirt i strzepałam z niej jakiś drobny okruszek. Byłam tak zapatrzona w własne odbicie, że nie zwróciłam uwagi kiedy Britney powtarzała moje imię. Klęknęła przy miejscu, gdzie brakowało paru kafelków. Wokół niej było kilkoro jej rówieśników. W tym Bryan. Zrobiłam dwa kroki, aby znaleźć się bliżej nich. Uważnie przyglądałam się jak ze szklanego pojemnika wysypywały się białe tabletki. W kilka sekund opakowanie było już całkiem puste. Grupka nastolatków stojących razem z nami wymieniła się porozumiewawczo uśmiechami. Każdy sięgał po pigułki. To był pierwszy raz kiedy przyjmowałam narkotyki w takiej postaci. Nie byłam pewna jaka ilość jest wystarczająca, dlatego zanurzyłam w pastylkach całą dłoń i napełniłam nimi garść. Zależało mi na ich intensywnym i długotrwałym działaniu. Chciałam, żeby ten wieczór był niezapomniany.
                Opuściłyśmy toaletę i udałyśmy się po kolejne drinki. Zdaniem Brit to miało przyspieszyć działanie prochów. Przepychałam się między ludźmi, a w uszach dudniła mi chaotyczna muzyka. Z powrotem znalazłyśmy się przy barze. Przystojny, wysoki blondyn postawił przed nami dwie, wysokie szklanki. W mgnieniu oka wchłonęłam jej zawartość.
- Chodź zaszalejemy! – Britney chwyciła mnie za ramię i zaciągnęła mnie w tłum.
                Nie miałam pewności czy to alkohol czy używki, ale zaczynało działać. Czułam się luźniej i swobodniej, a moje ciało bezwładnie tańczyło w rytm muzyki. Rozpoznałam swoją ulubioną piosenkę. Wspólnie z Britney skakałyśmy i śpiewałyśmy. Było cudownie!
- Idę się przewietrzyć – oznajmiłam i przeciskając się przez tłum wyszłam na chwilę z budynku.
                Przed klubem stało sporo ludzi. Wyciągnęłam z paczki papierosa i zapaliłam. Porządnie się zaciągnęłam. Zdawało mi się, że przede mną stoi Naomi. Jednak to były tylko jakieś halucynacje. Chwiejnym krokiem wróciłam do środka potrącając po drodze kogoś ramieniem. Wewnątrz nadal panował imprezowy nastój, hałas i jeden wielki harmider. Każdy wydawał się być jakiś dziwny, a wszystko kolorowe. Kręciłam się w kółko rozglądając się za Britney. Niezwykle ciężko było ją znaleźć w tak ogromnym tłumie. Próbowałam wrócić do miejsca gdzie bawiłyśmy się wcześniej, ale po tym wszystkim moja orientacja w terenie nie była zbyt doskonała. Nagle ktoś klepnął mnie w plecy. Odwróciłam się. Britney. Ulżyło mi na jej widok, a poczucie zagubienia opuściło mój umysł.
- Ej, zwijam się. Justin ma wolną chatę. Nie obrazisz się jak pójdę bez ciebie?
- No pewnie, że nie. – powiedziałam i uśmiechnęłam się.
Britney wydęła usta w dzióbek i zniknęła w tłumie. Spośród tysiąca twarzy szukałam jakiejś znajomej. Od razu w oczy rzuciła mi się Naomi. Szłam kierując się w jej stronę. Spostrzegłam, że wszyscy są zakłopotani i wychodzą. Słychać było głośne szepty, a muzyka ucichła.
- Naomi. – chwyciłam ją za nadgarstek. Odwróciła się. Jej mina zrzedła. Otworzyłam usta, żeby zacząć rozmowę na frustrujący mnie od miesiąca temat, ale coś nie pozwoliło mi wypowiedzieć ani jednego słowa. Dźwięk policyjnych syren. Co się stało? Rozejrzałam się
wokół, ale wszyscy albo uciekali albo stali jak slupy soli oprócz całującej się pary. Głośne szepty przerwał donośny szloch Bridgit wybiegającej z klubu. Teraz ona była w centrum uwagi. Nie była w stanie wypowiedzieć żadnego słowa. Bełkotała coś pod nosem wskazując palcem w naszą stronę. Wykonałam niepewny krok w tył. Naomi zresztą też. Mój naćpany organizm zagłuszały trzeźwe myśli. Faza do końca mi nie przeszła, ale zaistniała sytuacja wymagała powagi.
                Wynieśli ciało. Grobową ciszę przerwały rozmowy i spekulacje na temat zawartości czarnego worka. Sądząc po zachowaniu Bridgit domyślałam się, że to Kendra. Przerażone wykonywałyśmy kolejne kroki w tył, aż obróciłyśmy się i coraz szybszym tempem oddalałyśmy się z miejsca zabójstwa.
                Zatrzymałyśmy się. Naomi odwróciła się w moją stronę i od tej chwili szła do tyłu. Mijałyśmy wiele uciekających z miejsca zdarzenia osób.
- Co ty tu jeszcze robisz? Nie powinnaś być z Britney? – zapytała olewacko.
- Chciałam z tobą porozmawiać. Wyjaśnić pewne sprawy.
Nie zdążyłyśmy dokończyć rozmowy, ponieważ wpadłyśmy na idących naprzeciw nas dwóch chłopaków. Naomi ucierpiała bardziej bo z chwilą uderzenia wylądowała na ziemi. Wpatrywałam się w czubki moich koturn. Podniosłam wzrok, który w pewnej chwili zrównał się ze spojrzeniem jednego z chłopaków. Próbowałam powstrzymać delikatny uśmiech, który mimowolnie pojawił się na mojej twarzy.
- Dake. – usłyszałam z jego ust.
- Co? – spytałam zdezorientowanym tonem.
- Jestem Dake. – uśmiechnął się szeroko.
- Alison.
Wtem wszyscy odwróciliśmy się. Przed klubem stało kilka samochodów policyjnych. Padło na nas światło policyjnych latarek. Byliśmy oślepieni blaskiem padających promieni, a mimo to wydawało mi się, że widziałam błyśnięcie flesza.
- Lepiej stąd pójść. – powiedział Dake. Rozdzieliliśmy się. Wszyscy.

Rozdział 3.


Oczami Naomi:

                Minął miesiąc. Powoli oswajałam się z bieżącą sytuacją. W ciągu miesiąca nie wymieniłam się żadnym słowem z Alison. Nie dostrzegałam nawet jej obecności. Tak naprawdę łączyły nas już tylko wspomnienia.
                Koniec. Nie mogłam poświęcać tyle czasu na rozmyślanie o przeszłości. Stare czasy zniknęły. Liczyła się jedynie teraźniejszość. Uszczypnęłam się. Musiałam w końcu wrócić do rzeczywistości. Sięgnęłam ręką w stronę pilota. Nacisnęłam na przycisk zwiększający głośność.  Dociskałam go do czasu aż wysokość dźwięku telewizora osiągnęła najwyższy możliwy ton. Obróciłam się na pięcie i kroczyłam w stronę znajdującej się za mną szafy. Nadszedł czas żebym wybrała coś co włożę na tamtejszą imprezę. Dużo ciuchów. Nic nie było dobre. Mogłam liczyć jedynie na Davida. Sięgnęłam po znajdujący się na biurku telefon. Nie minęła chwila, a sms, z prośbą o jego przyjście, był już wysłany. 
                Dźwięk domofonu. Podbiegłam do drzwi i wpuściłam Davida. Przywitaliśmy się jak zwykle w ciszy. Wystarczał nam tylko uścisk.
- Co było aż tak pilne, że musiałem przerwać grę na gitarze? – posłałam mu uśmiech i chwyciłam go za prawy nadgarstek. Pociągnęłam jego ciało za sobą i w mgnieniu oka znaleźliśmy się w moim pokoju.
- Moja szafa wymaga natychmiastowego przeglądu. – powiedziałam żartobliwie wskazując na białe półki. Nic nie odpowiedział. Jego wyraz twarzy w mgnieniu oka zmienił się na poważny.  Zanurzył swoje ręce w ciuchach i chwilę później na moim łóżku znalazł się komplet ubrań odpowiednich na imprezę.
- I jak pasuje? – podobał mi się bardzo. Biała koszula na długi rękaw idealnie pasowała do czarnych koronkowych spodenek z wysokim stanem. Nie minęła minuta a tuż przy mojej głowie przeleciała para czarnych litów. Cały strój zdecydowanie nadawał się na tą okazję.
- Jest idealny.
***
                Wieczór. W moich uszach znów zadudnił dźwięk domofonu. Na szczęście zdołałam założyć na siebie naszykowane wcześniej rzeczy. Został tylko jeden but. W podskokach na jednej nodze kierując się do drzwi próbowałam wsunąć na swoją stopę prawego lita. W drzwiach stał David, który pewien czas wcześniej poszedł się przygotować. Wymieniliśmy się milczeniem. Odwrócił się i zaproponował ruchem dłoni abym wskoczyła mu na plecy. Zrobił parę kroków i zdjął mnie z siebie. Przed furtką mojego domu stała zamówiona przez Davida taksówka. Wsiedliśmy.
                Nasza przyjaźń nie polegała na ciągłych rozmowach. Często siedzieliśmy w ciszy. Nie było to niezręczne milczenie, raczej przyjemne. Nie wstydziłam się przy nim błąkać się we własnych myślach. Odbiegałam od rzeczywistości, a on ze mną, niekiedy w zupełnie inną stronę. Silnik ruszył. David podał adres klubu, a ja skierowałam swój wzrok w górę. Patrzyłam na niebo. Chmury przypominające różne kształty powoli zlewały się z obrazem mojej wyobraźni. Myślałam o imprezie i ludziach, których spotkam.
                Zatrzymaliśmy się. Słyszałam tylko kszyki i głośną muzykę. Dookoła stała duża gromada nastolatków. Próba wtargnięcia na imprezę bez zaproszenia wydawała mi się zdecydowanym przegięciem. W czasie gdy David płacił za przewóz ja nacisnęłam na klamkę drzwi samochodu. Uchyliłam je bardziej i powoli wyszłam z pojazdu. Nie zdążyłam się odwrócić, a na moim ramieniu spoczywała już dłoń Davida. Zrobiłam delikatny krok w przód, a on dołączył do mnie. Przepchaliśmy się między stojącymi przed wejściem ludźmi. Trochę trwało zanim dostaliśmy się przed wejście do klubu. Przed wielkimi drzwiami stał średni i dobrze zbudowany mężczyzna ze skrzyżowanymi rękoma, które spoczywały na jego masywnym brzuchu. Zakreślił krzyżyki na liście gości. Mogliśmy wejść.
                Oślepiające reflektory skierowały się w naszą stronę. Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do oświetlenia dostrzegłam tłum ludzi bawiących się na środku parkietu. Miałam straszną ochotę zatańczyć. Rozładować swoje wszystkie emocje. Złapałam Davida za rękę i poszliśmy po drinka. Muzyka była tak głośna, że chwilami nie mogłam usłyszeć własnych myśli. Spojrzałam na osoby siedzące przy barze. Cholera. Jak zwykle towarzyszyło mi niezmierne szczęście. Przy bufecie stała Kendra wraz z Bridgit. Przełknęłam ślinę i ruszyłam w stronę lady.
- Kanadyjka i jej przyjaciel gej. – skomentowała kpiąco Kendra. Suka. Nie zareagowałam. Czekałam jedynie na moment w którym barman poda mi drinka, a ja wyleję go na jej wytapetowaną twarz. Posłałam jej zdecydowanie bardziej ironiczny uśmiech niż zwykle. – Zabiję cię! – krzyknęła. Na mojej twarzy spoczywało jeszcze większe rozbawienie. Sięgnęłam po stojący obok mnie kieliszek wódki. Wypiłam go jednym łykiem i odwróciłam się na pięcie.
- Zobaczymy, kto będzie pierwszy. – spojrzałam na wzrok Bridgit, która zmierzyła mnie równie ostro jak z reguły. – Wybaczcie, ale idę się bawić. – mój ton nadal wydawał się być bardzo cięty i uszczypliwy. Zapowiadało się idealnie. Pokazałam im, że w hierarchii wartości ja jestem tą, która znajduje się wyżej. Chwyciłam Davida za dłoń i pokierowałam nas w stronę parkietu.
                Wreszcie zaczęła się zabawa.

czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział 2.


Oczami Alison:

                Dziwne. Uśmiechnęłam się do niej, a ona zignorowała to, jakbym nie istniała, była tylko duchem. Nabrałam podejrzeń. Jednak czy naprawdę miałam do tego powody? Ciężko stwierdzić.
- Alison? – Britney wyrwała mnie z zamyślenia.
Czasami tak odlatywałam. Trzeba przyznać, że nie należałam do trzeźwo myślących ludzi, a przynajmniej takie miałam zdanie na swój temat.
- Co? –odezwałam się limfatycznie.
- Wszystko okej?
- Chyba tak… - w moim głosie można było wyczuć niepewność.
Zadzwonił dzwonek.
                Błąkałam się po klasie podczas gdy wszyscy zajmowali swoje miejsca. Dostrzegłam Naomi, która zajęła miejsce obok Davida. W tamtej chwili naprawdę nie wiedziałam co myśleć. Usiadłam sama. Od tego się przecież nie umiera. Pan Marshall dumnie wszedł do klasy i zawiesił mapę na tablicy. Wypakowałam z plecaka zeszyt i otworzyłam go na ostatniej stronie. Tam zawsze spoczywały moje wspólne rysunki z Naomi , różne bazgroły oraz próby rozpisania długopisu. Nakreśliłam kilka szlaczków i zamknęłam zeszyt. Podniosłam wzrok na mojego nauczyciela historii, mimo że nie miałam najmniejszej ochoty go słuchać.
***

                Zagubiłam się we własnych myślach. Nie potrafiłam  ich okiełznać, a one męczyły mnie nie dając mi spokoju. Nie do końca wiedziałam co ze sobą począć. Starałam się utrzymać pozytywne nastawienie, ale najpierw musiałam oderwać się myślami od mojej przyjaźni z Naomi, która, jak mi się wydawało, była już skończona. Tylko dlaczego?
                Wystukiwałam rytmy niedawno wyszukanej przeze mnie piosenki na kuchennym blacie siedząc na drewnianym taborecie. Wyczekiwałam na Britney. Odgłosy pukania o drewniane podłoże  były jedynym dźwiękiem w pustym domu. Moja babcia spędzała czas ze znajomymi w pobliskiej kawiarni grając z nimi w Bingo. Rozniósł się ton domofonu. Wpuściłam zniecierpliwioną Britney.
- Nie zgadniesz! Mam super wiadomość i nie tylko… - wzięła głęboki oddech by grać na czas i w między czasie sprawić, że będę niecierpliwa.
- No pochwal się, Brit.
- Za miesiąc jest jedna z największych imprez jakie kiedykolwiek się odbyły w Bostonie! – oznajmiła z euforią i dodała - …i jesteśmy zaproszone!
- Świetnie! – podniosłam się z krzesła i przybiłam piątkę przyjaciółce.
- A teraz druga dobra wiadomość… - powiedziała tajemniczo, a po chwili pomachała mi przed nosem metalowym pudełeczkiem, którego zawartość dobrze znałam. Skręty. Uśmiech momentalnie pojawił się na mojej twarzy. Wyrwałam jej opakowanie z dłoni i natychmiast otworzyłam je. Siedząc na ziemi wyjęłam zawartość. Britney dołączyła do mnie podając mi bibułki i pomagając w ich przygotowaniu. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnęłam moją zapalniczkę i odpaliłam mały płomyk, jednakże wystarczający na zapalenie jointa.
                Jasna cholera. Jakie to dobre.
                Zdecydowanie uwielbiam ten stan po jaraniu. To coś wspaniałego. Nie do opisania. Czuję jakby mojemu życiu nigdy nie towarzyszyły zmartwienia, a jednocześnie euforię i ekscytację. Mogę zapomnieć o wszystkim. Nie liczy się nic. Perfekcyjna faza. Mogę wszystko. Myślę, że nawet jakby ktoś zaproponował skok w ogień to nie zawahałabym się. Dobrze jest czuć przy sobie obecność Britney, która zawsze wyciągnie pomocną dłoń i pomoże mi wrócić do normalnego stanu istnienia. Choć niekoniecznie miałam ochotę. Mimo że dla Brit to wszystko jest codziennością i nie robi to na niej dużego wrażenia to jeszcze nigdy nie odczułam, że nudno spędzamy czas. Z Britney zawsze czuję się jakbym była w innym świecie.
                Po małym odskoku od rzeczywistości sięgnęłam po leżącą obok piłkę i udałam się na pobliskie boisko do koszykówki. Na placu był jedynie mój kolega Bryan. Czasem razem graliśmy. Tak naprawdę to dzięki niemu zaczęłam tak ubóstwiać tą grę, wszystkiego mnie nauczył.
- Cześć Alis – przywitał się. Posłałam mu uśmiech i odmachałam ręką. Odłożyłam swoją piłkę, a on poturlał mi swoją co oznaczało, że rzucił mi wyzwanie. Nie miałam z nim najmniejszych szans, ale za każdym razem dawał mi fory. Rozbawiało go, że mimo wszystko nigdy się nie poddaję i próbuję sił nawet jeśli wszystko jest zdane na niepowodzenie.
                Oddałam ostatni rzut w tarczę. W oddali za boiskiem spostrzegłam idącą Naomi. W biegu pożegnałam się z Bryanem. Musiałam w końcu odnaleźć się w tym co się z nami stało. Czym prędzej pobiegłam w jej stronę. Moje płuca wysiadały, a ja słyszałam tylko własne dyszenie. Niestety, na moje nieszczęście nie udało mi się jej dogonić. Naomi wsiadła w taksówkę.